Bieda z nędzą. Góry kamieni przecięte doliną rzeczną. Wzdłuż niej palmy daktylowe i poletka zboża. Mała szkoła, jedna klasa, za to obok spory cmentarz. Nie ma płyt nagrobnych tylko kawałek skały postawiony na sztorc upamiętnia miejsce pochówku. Gdyby nie krzyki ze szkoły to cisza w okolicy. No i jeszcze osioł lubi dać znać o sobie. Starsze domy ulepione z gliny.
Dom Hrou wyróżnia się bo z cegieł i nowy. Nie wiem czy ma on inne zajęcie (bo nie dogadam się z nim w żadnym języku), ale sądząc po ilości kilofów i łopat w obejściu to jego głównym zajęciem jest chyba poszukiwanie skamieniałości – amonitów kredowych i szczątków morskich gadów. Jedno z pomieszczeń jego mieszkania robi za ich magazyn.
Hrou tak jak ja nie lubi się golić 😉
Jako, że mówi tylko po arabsku co jakiś czas dzwonił z jego telefonu do mnie kolega radzący sobie z angielskim. Wiedział, że będziemy u niego więc oprócz skamieniałości zadbał o obiad. Zwykle baranina na głębokiej prowincji nie kojarzyła mi się najlepiej, ale w Asfli z przyjemnością zjedliśmy wyśmienite szaszłyki.
Przepadam za takimi miejscami, gdzie mało kto z turystów dociera. W takich wioskach częste są zaproszenia na herbatę.
Nie ma tu przychodni lekarskiej. Nie ma tu sklepu. Do drogi asfaltowej jest kilka kilometrów. W większości domów jeszcze nie ma elektryczności, ale ten problem zanika pomału w całym kraju.