Mówię „Maroko” – myślę „kolor”

Przełom lutego i marca, koniec listopada nigdy nie wydawały mi się dobrymi miesiącami na podróżowanie po Maroku. Zdarzyło się raz, że utknęliśmy przed jedną z przełęczy i czekaliśmy na pługo-piaskarkę. Jechaliśmy później wśród zasp nie podjeżdżając za blisko wywrotki, żeby operator łopaty nie sypał na nas piachem. Ale tak było tylko raz. Zwykle jednak w tych okresach mieliśmy szczęście przyjechać do Maroka zaraz po deszczach a wtedy powietrze było czyste, kurz spłukany, kolory intensywne. Oczywiście prawdopodobieństwo znalezienia śniegu w wyższych partiach gór robi się dość duże, ale co tam. Jak przygoda to przygoda.

BIAŁY

Biały nie jest kolorem zbyt często spotykanym w Maroku. Widać go po przymrozkach na szczytach gór. Już w Atlasie Średnim jest raczej czymś rzadkim. W miejscowościach położonych u podnóża gór intensywne opady śniegu to nie lada wydarzenie. Ludzie ubierają się w odświętne stroje, wychodzą z domów, pozują do zdjęć. Autostopowicze wzdłuż przysypanych dróg stawiają bałwany z wyciągniętą ręką z wyprostowanym kciukiem.  Gdyby nie ten śnieg to koloru białego nie ma za dużo. Ściany domów bieli się głównie wzdłuż wybrzeża oceanu a i tam towarzyszy mu błękit.

BŁĘKIT

Błękitu jest sporo.  Nad oceanem większość mniejszych miasteczek jest w błękicie. Najbardziej lubię Asilah. Nie dość, że miasto jest czyste, pięknie położone to jeszcze zmienia się za każdym razem kiedy je odwiedzam. Dzieje się tak za sprawą corocznego zjazdu/festiwalu „graficiarzy”, którzy przerabiają za każdym razem medinę w artystyczny sposób.

W górach i na pustyni błękit kojarzony jest z Berberami. Ten odcień bywa sympatyczny, ale niestety często oznacza „gud prajs for ju”. Ale kiedy zjedzie się z turystycznych szlaków błękit = niezobowiązująca herbata i przyjacielskie traktowanie.

CZERWONY

Czerwony w tym klimacie nie utrzymuje się długo – szybko blaknie w słońcu. Mocno i intensywnie pyszni się papryka na stoiskach z przyprawami. Taka jest bardzo dobra, ale jest jeszcze bardzo zła papryka – ta, która atakuje z miseczki podanej np do grillowanego mięsa. Taka w towarzystwie nasionek. Taka, że jej ostrość czuje się jeszcze długo po. Z nią trzeba ostrożnie bo można się udusić. On zjadł paprykę Drugie niebezpieczeństwo może czyhać jeszcze na nas po obiedzie. Zwyczajowo posiłki Marokańczycy spożywają bez używania sztućców. Człowiek radzi sobie paluszkami i taki sos nabiera z miseczki pomagając sobie kawałkiem chleba. Nie daj Boże wsadzić sobie później taki palec do nosa (bo zaswędział) lub do oka… Jeśli ktoś powie „przesada” wyślę mu próbkę takiej paprykowej pasty – oczywiście nie po to, żeby wcierał w oko, tylko po to, żeby dotknął językiem. (Mam cały słoiczek więc wystarczy dla każdego – w komentarzu należy wpisać „przesada” i podać adres wysyłki).

ŻÓŁTY

Żółtego jest sporo. Na ten kolor farbowana jest skóra w farbiarniach w Fezie. Najmodniejsze są właśnie wsuwane żółte kapcie ze szpiczastymi noskami. Żółte bywają skały i piaski – a tych w Maroku jest sporo. Najpiękniejszą złotą polską jesień przeżywałem w Maroku. Żółty jest kusku i schowane w nim kawałki zjełczałego tłuszczu. Na szczęście te ostatnie nie trafiają się zbyt często 🙂

Bilet do Casablanki na 4go. Wkrótce rozpocznę terapię kolorami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Maroko i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Mówię „Maroko” – myślę „kolor”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *