Multo curva peligrosa

Oto wpadka dnia:
– Robert, zagadaj może tu z panią bo ja nic nie rozumiem co do mnie mówi.
– Ale ja pana bardzo dobrze rozumiem.

Kurytyba to miasto w rejonie którego mieszka ponad 300 000 emigrantów z Polski. Jako wycieczka z Polski staraliśmy się znaleźć polską restaurację i zjeść schabowego. Sam lokal szybko się odnalazł w historycznym centrum miasta, ale niestety można było tylko popatrzeć na złote litery nad wejściem „DURSKI”.
Samo miasto uchodzi za jedno z najładniejszych w Brazylii. I owszem, owszem bardzo nam się podobało. Po zwiedzeniu centrum udaliśmy się na „peryferia”. Na pierwszy rzut poszło muzeum słynnego modernisty – van Meyera – olbrzymi budynek w kształcie ludzkiego oka.

U cioci Danusi
Późnym popołudniem wybraliśmy sie na spacer do parku imienia Jana Pawła II. Wielkie araukarie, palmy, brukowane chodniki i po kilkudziesięciu metrach wolna przestrzeń na której stoją domy z drewnianych bali. Rozłożyliśmy sprzęt do fotografowania i zaraz pojawił się jakiś strażnik, pytając dla kogo te zdjęcia i do czego zostaną użyte. Kiedy usłyszał, że jesteśmy turystami z Polski – uśmiechnął się i odskoczył 😉 Chwilę później pojawiła się starsza dama i zagadała do mnie po portugalsku. Nic nie zrozumiałem.
– Robert, zagadaj może tu z panią bo ja nic nie rozumiem co do mnie mówi.
– Ale ja pana bardzo dobrze rozumiem.
I z dwie godzinki spędziliśmy u pani Danusi, która opowiadała nam o swojej pracy i Polakach w Brazylii. Obejrzeliśmy muzeum poświęcone papieżowi, wnętrze góralskiej chaty i sklepik. Sklepik z pisankami i bombkami. Z Krakowa. Ale była też część regionalna – zrobiłem zdjęcia szopek bożonarodzeniowych wykonanych w tykwach z kukurydzy. A do domu kupiłem sobie mini szopkę we wnętrzu nasiona araukarii. Na odchodnym Danusia wyściskała nas jak starych znajomych. Miło.
W zasadzie dzień w kurtybie minął bardzo szybko. Tak szybko, że nikt się nie posmarował kremem z filtrem. Tak poparzonej twarzy jeszcze nie miałem. Nosek szczypie. Ale ogólnie jest nieźle.

Quiz – o co chodzi Gerardowi:
1. słoń zaszedł
2. Tu nie ma nawet tak wielu insektów. Nie rozmazują się na szyji.
Odpowiedzi na końcu relacji…

Kończę – nie mam coś dzisiaj weny i to słońce nam dało po głowach. No i już jest 1:47 naszego czasu. Piszę „naszego” bo miejscowego jest 22.47 poprzedniego dnia. Wolę jednak operować „naszym” bo wstaję rano – patrzę na zegarek – widzę, że jest 8:00 i jestem wyspany. Jakbym myślał, że jest 5 rano to chyba bym nie wstał 😉

Pozdrowienia dla wszystkich – jutro prawie 700km w kierunku Porto Allegre. Zaczyna się wreszcie właściwa przygoda 😉

Odp.1 Słońce zaszło
Odp.2 Mało tu owadów, nie rozmazują się na szybie samochodu.

Jest 1:40 naszego czasu (13 listopada), dojechaliśmy do Kurytyby, ok. 400 km na S od San Paulo. To był długi dzień. Zaczęliśmy od śniadania, oprócz standartu na talerz powędrowała papaja i ananas. Po nieudanych próbach skorzystania z internetu, spakowaliśmy się i pojechaliśmy na lotnisko.
Zadanie nr1 – kupić bilet lotniczy Rio de Janiero – Buenos – Commodoro
Z początku wszystko szło nieźle. Tanie brazylijskie linie lotnicze GOL okazały się za drogie, ale udało się znaleźć lepszą ofertę w tanich liniach argentyńskich 😉 Dopiero wtedy zaczęły się schody. Po dopełnieniu formalności Gerard wyjął kartę kredytową, żeby dokonać zapłaty. Pani po drugiej stronie stolika uśmiechnęła się smutno i poinformowała, że karta nie działa. Wyjęcie drugiej karty nie poprawiło sytuacji. Chłopcy udali się do kantoru, żeby zapłacić realami. Wrócili po pół godzinie*, zaczęli liczyć banknoty – wyglądali naprawdę słodko kiedy okazało się, że wymienili za mało pieniędzy. Znów mnie zostawili przy bagażach i poszli do kantoru. Po kilkunastu minutach mieliśmy bilety. Niestety nie chciano nam wystawić faktury na firmę – już widzę minę księgowej. *wymiana waluty to skomplikowana operacja logistyczna. Trzeba spisać dane z paszportu, a czasami maszyna drukująca się się zawiesza…

Zadanie nr2 – obiad i wynajęcie auta
Pokrzepieni przyspieszonym biegiem wydarzeń poszliśmy coś zjeść. Zamówiliśmy paniadę a dostaliśmy jakąś bułeczkę. Malutką. Na chybił trafił wybrałem sobie saszetkę herbaty – trafiłem na koperkową (jak dla małego dziecka). Potem wyruszyliśmy do wypożyczalni aut ściskając kciuki za to, żeby kredytówki Gerarda zadziałały. Zadziałały.
Ile godzin zajął nam wyjazd z San Paulo? Tu relacje nie są zgodne 😉 Na pewno o wiele za długo. Suma sumarum ruszyliśmy w kierunku Kurytyby. I niby tylko 400km po drodze przypominającej naszą ekspresówkę, ale było MULTO CURVAS PELIGOSA = dużo niebezpiecznych zakrętów.

Co jeszcze?
Ćmy na stacji benzynowej – wielkie jak dłoń. Kręciły się głównie wokół dystrybutora z napisem Alcool (tańszy rodzaj benzyny na bazie alkoholu). Dziwne.
Gerard – tłumaczy Izie przez telefon, że jest teraz w Brazylii, ale niedługo wraca bo 16go – nie powiedział tylko, że następnego miesiąca 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Brazylia - pamiętnik i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *