w błocie

To był nasz pierwszy start. Chyba trochę inaczej to sobie wyobrażaliśmy. Liczyliśmy na miłą bezstresową przejażdżkę w terenie. Jednak organizatorzy zadbali o zastrzyk adrenaliny. A potem kolejny. I jeszcze jeden…

Zaczęło się niewinnie. Ku naszej radości stawiły się niemal wszystkie zespoły, które zadeklarowały przyjazd, w sumie prawie 40 załóg.

Szybkie zapisy, odprawa z Panem Policjantem, przemówienia gospodarzy i organizatorów… A główny organizator „Blacha” wygląda tak:

No i około 9.30 ruszyliśmy w teren. Okazało się, że wzdłuż trasy umieszczono prawie 40 pieczątek, które należało zdobyć. Pierwsza była jak bułka z masłem – wjazd pomiędzy drzewa i wyjazd na wstecznym – jedna z pierwszych załóg wyjechała z tej próby z wygiętym progiem… Druga pieczątka PKP2 była już poza naszym zasięgiem. Na szosowych oponach nie dalibyśmy rady wspiąć się po zboczu. Obserwowaliśmy starania innych. Jedno z aut atakowało, atakowało, atakowało, aż straciło wał, który wpadł w błoto…

Popatrzyliśmy po sobie i pojechaliśmy w stronę PKP3. Nie szło nam – wąskie opony żłobiły głębokie koleiny i Defender się ślizgał. Odpuściliśmy i ten PKP, żeby nie blokować podjazdu i jakiś czas później wróciliśmy do niego, żeby powalczyć. Podkładaliśmy gałęzie pod koła, ekipa pchała, pot lał się strumieniami, drewno dymiło… i po 40 minutach nierównej walki poddaliśmy się.

W PKP4 udało się podbić pieczątkę. W tym miejscu uczestnicy rajdu zaczęli się integrować. Bujaliśmy kolejnymi autami, żeby mogły zdobyć pieczątki, żółty piach fruwał w powietrzu i chrzęścił w zębach.

Kolejne punkty były poza naszym zasięgiem. Wrzuciliśmy na looz i postanowiliśmy nie kopać się z koniem. Do końca wyjazdu udało nam się zdobyć tylko 8 pieczątek, ale za to jedną w kategorii extrem. Od czegoś trzeba zacząć – kolejnym razem pewnie będzie lepiej 😉

Kłaniamy się nisko ekipie z Suzuki (pozdro Szpila ;-)), starym wyjadaczom, którzy uratowali nas przed dachowaniem i asekurowali przy zjeździe ze skarpy, która uciekła nam spod kół, gdy podjeżdżaliśmy na wstecznym po pieczątkę.

W pewnym momencie auto było tak przechylone, że nie widziałem osób stojących po prawej stronie. Mina Gosi, która się temu przyglądała – bezcenna. Na szczęście się nieco otrząsnęła i mamy kilka zdjęć z całej akcji. Rączki się wszystkim nieco trzęsły.

35 kilometrów trasy jechaliśmy, aż słońce zaszło. Przydał się kinetyk – koledzy z Patrola wtargali nas pod górkę i im też serdecznie dziękujemy za pomoc.

Podsumowując – mamy świetny skład. Jeśli wystartujemy w kolejnej edycji to wszystkie miejsca w Defenderze mamy już zaklepane 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bałtowskie Bezdroża i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *