Po raz pierwszy spotkałem Bena w 2000 roku. Pamiętam jak dziś – spaliśmy całą ekipą pod płachtą berberyjskiego namiotu, którego materiał utkany był z wielbłądziej wełny. Niejaki Tomasz P., który jako jeden z niewielu władał językiem francuskim wrobił mnie wtedy strasznie. Powiedział jednej z dziewczyn, które pracowały u Bena, że bardzo mi się podoba. Dziewczyna z 3 razy przychodziła do namiotu próbując się wśliznąć do śpiwora…
Fajnie jest u Bena. Za każdym razem sporo się u niego zmienia, co nie jest raczej typowe dla tego regionu. A to ogródek się powiększy, a to remont łazienki, a to nowe pokoje… Tylko mrówki na podwórku cały czas te same – duże i czarne. No i sok z pomarańczy zawsze super smakuje.
Kilka lat temu wpadliśmy do Bena. Wódeczka, piweczko, takie tam tematy… Ben przyniósł na talerzyku jakiś specyfik, którego małe kuleczki należało włożyć pod język. I na chwilę wyszedł. Jakież było jego zadziwienie, gdy po powrocie zastał talerzyk wylizany do czysta. Pamiętam też, że nazajutrz owinął głowę ręcznikiem i nigdzie z nami nie pojechał.
Zwykle jest naszym przewodnikiem i towarzyszem podróży. Dzięki niemu dotarliśmy na odsłonięcie ryb kredowych na granicy z Algierią, byliśmy na amonitach w okolicy Goulmimy, kopalniach malachitu i azurytu w rejonie Micissi u Berberów zbierających kawałki kości dinozaurów.