Siedzimy w małej wiosce Tessent kilka kilometrów przed Imilchil. Wczoraj wieczorem pogoda niestety się posuła – dobrze, że wieczorem zdjęliśmy z dachu kartony z kamieniami. Spaliśmy w „berberyjskim” namiocie nad brzegiem jeziora Tisli i niemal całą noc wiatr szarpał namiotem i co jakiś czas padało. Rano nie chciało się wychodzić ze śpiwora. Po słonecznych i gorących dniach trzeba było się przestawić na dwa polarki…
W człowieku czasami włącza się leń, ale akurat ostatniej nocy razem z nami spał Dawid z Hiszpanii. Podjechał do nas na rowerze. Wjechał na 2150 m. n.p.m. w ciągu jednego dnia w międzyczasie gubiąc drogę. Lenia trzeba było ukryć – wyskoczyć ze śpiworka, zagotować wodę na herbatę i zacząć pakować tobołki.
W Imilchil zatrzymaliśmy się, żeby zabrać chłopaka na „stopa”. Ktoś go nauczył stopniowania w naszym pięknym języku… „dobry, bardzo dobry, zajebisty”.
Wjechaliśmy w góry. Z drogi zobaczyliśmy dziurę w ziemi i stwierdziliśmy, że warto do niej wejść. 5 minut marszu i spodnie całe mokre. Warunki nie sprzyjające eksploracji. W wioseczce Timli udało się odnaleźć człowieka, który kopie za minerałami w górach. Nim wybraliśmy okazy i przystąpiliśmy do targowania, musieliśmy obowiązkowo wypić dwie kolejki herbaty, zjeść chleba z oliwą, wafelki i orzeszki.
Dopiero tydzień poza domem a człowiek już tęskni za klozetową muszlą 😉
Dzisiejszy dzień kończymy dosyć wcześnie w małym pokoiku u Mustafy. Najbardziej cieszy się z tego jego syn obdarowany ubrankami, bucikami, zeszytem i kredkami.