14.X. wczesny poranek – Micissi
Reszta ekipy jeszcze w łóżkach. Wyszedłem przed dom Bena chwilę popisać, bo ostatnio zaniedbałem notatki. Na dostawione krzesło, na którym miałem położyć laptopa wgramolił się najmłodszy syn Bena i zerka ciekawie na monitor.
Wczoraj dojechaliśmy do karczmy Timbuctu. To miłe być przywitanym jak stary przyjaciel, być wyścikanym, przytulanym i takie tam, nawet jeśli robi to ktoś wyższy o głowę. Rozdysponowanie pokoi gościnnych, rozładowanie i wysprzątanie auta i można zasiąść do stołu. Na kolację tagine – niby nic specjalnego – ziemniaki, groszek, marchewka i wołowina gotowane na parze, ale smakuje wybornie.
Z zadowoleniem stwierdziłem, że wreszcie zwolniłem tempo. Noga już mi nerwowo nie podskakuje pod stołem. Kładę się spać i śpię. Dziwnie to zabrzmi, ale między innymi po to właśnie przyjechałem.
Do Micissi wracam jak na stare śmieci. Pierwszy raz byłem tu dziesięć lat temu. Niektóre rzeczy się nie zmieniły – np. wielkie mrówki biegające po podwórku, sok pomarańczowy z wyciskarki, sam gospodarz w błękitnym turbanie. Są też nowości – nowy pokój gościnny do którego dostałem kluczyki, jarzeniówka nad lustrem w łazience, w ogródku robi się coraz bardziej zielono.
Czwórka dzieciaków Bena też zadowolona z naszego przyjazdu – oprócz słodyczy wracały z naszego pokoju z pełnymi rękami ubrań.
Ekipa powoli wychodzi z pokoi i wędruje do łazienki. Kiedy się siedzi na tronie i rozgląda na boki można zobaczyć na ścianach różnych lokatorów toalety. Są owady, które z gliny budują domki podobne do tych, jakie robią nasze osy. Po ścianach włóczą się świerszcze za którymi czasami przyjdzie gekon. Odpowiada mi ten wystrój wnętrza.