Ural – o górach…

Początkowo niskie szczyty coraz śmielej z każdym dniem wędrówki pną się ku niebu. Góry Uralu są kojarzone generalnie jako pagórkowaty masyw o porośniętych trawą płaskich szczytach. Wynika to może z tego, że tory kolejowe zmierzające na północ, nad Zatokę Obską, przecinają Ural w jego północnej części, gdzie rzeczywiście tak to wygląda. W części subpolarnej góry reprezentują jednak charakter alpejski – młoda rzeźba, ostre granie i szczyty, płaty lodu i śniegu wypełniające zagłębienia. Karłowata wierzba, modrzew, rzadko brzoza rosną w dolinach między pasmami, wśród wędrujących tam rzek. Każdy potok, wypływający spod płatów lodu i śniegu zalegającego na szczytach, głęboko wcina się w kamieniste zbocza. Duża wilgotność i niskie temperatury sprzyjają tworzeniu gołoborzy, którymi usłane są wszystkie ściany. Na przełęczach powstają charakterystyczne gleby poligonalne – topniejące lodowce pozostawiły niesione skały, które układały wzór przypominający gigantyczny plaster miodu. Piesza wędrówka z plecakiem po gołoborzu powoduje ból w kostkach i kolanach. Po paru dniach prawie każdy wędruje z wyciągniętymi do przodu rękami – dla asekuracji. Nikogo to jednak nie uchroniło od wywrotek – to na chyboczącym się głazie, to na płacie śniegu, czy wilgotnych porostach i mchach.

Wędrówka w takim terenie wymaga przekraczania wielu rzek i potoków. Część z nich rozlewa się szeroko. Pierwsze próbujemy przejść suchą stopą, kolejne – gdy już przemokliśmy w deszczu i rosie – są pokonywane po najkrótszej linii. Były dni, że idąc z głową schowaną w kapturze, jeden za drugim, przechodziliśmy jak w otępieniu przez napotkane strumienie i rzeki. Jeżeli te ostatnie się rozlewały i były głębsze od pozostałych, braliśmy się za ręce, co chroniło nas dość dobrze od upadków. Nikt wtedy nie myślał, czym zakończyłaby się wywrotka w lodowatej, rwącej wodzie, kiedy idzie się z plecakiem ważącym średnio 30-40 kilogramów, a jego część jest już w wodzie. Nikt z nas nie myślał wtedy o takiej ewentualności – liczyło się przejście. Kiedyś, gdy będę dziadkiem siedzącym w wiklinowym fotelu z kocem na kolanach i poczuję łamanie w kościach i rwanie w stawach, przypomnę sobie Ural Subpolarny i przeprawy przez jego górskie rzeki.

W górach jest bardzo mało zwierząt (jeśli zapomni się o komarach). Trudno usłyszeć świergot ptaka, a jeszcze trudniej jest go zobaczyć. Parę razy widzieliśmy samotnego renifera. Jeden z nich stał dosyć długo na płacie śniegu, przyglądając się nam z należytą uwagą. Jego ciemna sylwetka odcinała się od otaczającej bieli – jednak nim wyjąłem swój „snajperski” obiektyw, oddalił się majestatycznie.

W górach wystarczy wyjść powyżej doliny i momentalnie kończą się drzewa, tj. opał. Raz wpadliśmy z Asią na pomysł, żeby wybrać się po drewno do doliny, jednak odradzam naszym naśladowcom takie wyprawy. Radzę zostać pod opieką przełęczy, gdzie wieją wiatry, przez co można odpocząć od komarów. Zbieranie drzewa w zabagnionych dolinach, będących wylęgarnią tych insektów, grzebanie się z patykami do obozu na przełęczy to pomysł iście samobójczy. Góry są piękne i ciągną mnie jak magnes. Kiedyś obiecałem sobie, że tam wrócę. Obiecałem to sobie i Im.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ural Subpolarny - 1999 rok i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *