…człowiek biegał ze „Smieną” co był w spadku po wujku dostał. U fotografa czarno biały film ORWO można było kupić. Potem był Zenit i Practica. Mój Boże – Practica miała malutkie LEDy wskazujące stopień naświetlenia klatki! Niezła to była nowinka, bo kolega po fachu miał jeszcze aparat ze wskazówką światłomierza. Po moją Practicę pojechałem hen hen daleko, bo na giełdę fotograficzną do Stolicy! A potem się okazało, że aparat trzeba oddać do naprawy by był uszkodzony…
Pamiętam jak dziś wyjazd na Ural i torbę fotograficzną, której nie dało się przewiesić przez ramię, bo plecaki (nie plecak – plecaki) przeszkadzały. Bujała się na pasku i miarowo w rytm kroków uderzała w brzuch. Albo podbrzusze. A obiektyw jaki miałem! Drodzy Państwo – Jupiter – około 1,5kg wagi. Jak pomyślę, że nam wtedy zabrakło jedzenia i rwałem szczaw na szlaku, a mogłem zamiast niego mieć kilkanaście batonów… I jeszcze zdjęcia takie sobie wyszły bo w Zenita zainwestowało się tuż przed wyjazdem i po wywołaniu rolek filmu okazało się, że migawka w tym modelu odbija światło i na większości zdjęć prawa strona kadru była nieco jaśniejsza. Taki paseczek…
Jak to miło sięgnąć było po album rodzinny z czarno białymi zdjęciami. Wszystkie zamontowane przy pomocy narożników, a pojedyncze kartki przełożone pergaminowym papierem. Brakuje mi tego czasem.
A dziś siadłem do setek zdjęć z ubiegłorocznej wyprawy i klik, klik…