24.08.(sobota)
Docieramy do stacji docelowej, dochodzi godzina dziesiąta. Inta wita nas deszczem i stadami komarów. Zmoknięci wpadamy do poczekalni dworcowej. Razem z Krzysztofem i Markiem wyruszam do miasta szukać jakiegoś środka transportu w góry. Po kilku godzinach poszukiwań znajdujemy właściwego człowieka i właściwy pojazd do wybranej przez nas trasy. Wracamy na dworzec po resztę grupy, wjeżdżając na parking olbrzymią ciężarówką Ural.
Pakujemy plecaki, razem z Andrzejem zajmuję miejsce w szoferce obok kierowcy-Kostii. Rozpoczyna się ośmiogodzinny rajd w kierunku gór. Pierwsza, druga i trzecia rzeka przez którą przejeżdżamy budzi sensację. Z czasem staje się to normalnością a momentami jjedziemy korytem rzeki. Ural zostawia za sobą wzburzoną wodę. Dochodzimy do wniosku, że Camel Trophy nie równa się z naszą wyprawą. Przedzieramy się przez takie bagnai głębokie koryta rzek, przez jakie nie przejechałby żaden samochód terenowy. Na niektórych odcinkach kierowca włącza napęd na trzy osie. Woda wlewa się do szoferki. Po paru godzinach przebijamy się do drogi idącej przez tajgę. Nieznacznie przyspieszamy ale gór nadal nie widać. Mija chyba szósta godzina jazdy, Ural pnie się w górę. Nagle urywa się tajga, wjeżdżamy na wzniesienie. Odczuwam gwałtowny ścisk „w dołku” i ogarniające mnie wzruszenie. Proszę kierowcę żeby się zatrzymał, patrzę na Andrzeja, czuję że oczy mi wilgotnieją. Na horyzoncie widać góry, wysokie ciemne zbocza i odcinające się od nich plamy śniegu. Ludzie „na pace” ciężarówki krzyczą i się śmieją. Wyskakujemy z samochodu i robimy pierwsze zdjęcia. Przytłacza nas olbrzymia przestrzeń wokół. Po chwili pokrzykują na mnie, trzeba wracać do ciężarówki. Każdy chciałby być już w górach. Ural pnie się na przełęcz. Pojawiają się pierwsze gołoborza porośnięte przez żółtozielone porosty. Rozglądamy się wokół ciesząc się z każdego nowego widoku. Z lewej strony mijamy Górę Szamana, prawdopodobnie jest to stożek wulkaniczny. Robi się szaro. Dojeżdżamy do ostatniej osady – Żiełannaja. Płacimy kierowcy za przejazd i tu pierwsza przykra niespodzianka. Podchodzi człowiek który prowadzi nas do pobliskiego baraku. Płacimy za pobyt na terenie parku, spisują nasze dane z paszportów, okazuje się, że nasza dotychczasowa podróż była nielegalna a kierowca powinien mieć zezwolenie na wjazd do parku. Słyszymy z rozmowy między Rosjanami, że pada pomysł zamurowania nas w pobliskiej sztolni. Po około godzinnej pertraktacji co do ceny biletu na wejście na teren parku, ładujemy plecaki na plecy i szukamy miejsca na pierwszy obóz. Jest środek nocy, ale tutaj mamy dzień polarny, Słońca nie ma na niebie przez około dwie godziny. Wędrujemy dnem doliny, z prawej strony mamy rzekę, z lewej sztolnie w których wydobywa się kryształy górskie. Wokół straszne chmary komarów – zakładam moskitierę. Ci którzy nie wzięli żadnego środka odstraszającego komary strasznie cierpią. Po około sześciu kilometrach rozbijamy obóz nad strumieniem. Rozpalamy ognisko i w wiadrze gotujemy pierwszy posiłek. Na razie starcza nam energii żeby wygarniać wpadające do menażek komary.
oj, jaki młody, HEHE