Ludzie, który spotkaliśmy zajmują się hodowlą reniferów. Na olbrzymich drewnianych saniach stogi oczyszczonych skór. Na szczycie każdych leży olbrzymie poroże. Sanie zaprzęgnięte w renifery to środek lokomocji przez cały rok, zimą po śniegu a w pozostałe pory roku po wiecznie mokrych trawach i mchach. W obozie stoi ich około dwudziestu, załadowanych przeróżnym dobytkiem. Stanęliśmy kilkadziesiąt metrów od obozu. Na spotkanie, z zaproszeniem na ustach, wyszła grupa kobiet i dzieci. Mężczyźni nie okazali nam żadnego zainteresowania, nie odrywają się od pracy. Kobiety ubrane w podobny sposób – czerwone zielone lub żółte spódnice z pojedynczym czarnym pasem u dołu. Każda w jaskrawym fartuchu i wzorzystej chuście na głowie. Twarze poorane zmarszczkami, szczególnie wyraźne te wokół oczu, powstałe na skutek mrużenia ich przed słońcem. Mnie osobiście zdumiewa brak kości reniferów w dolinie. Pod koniec wyprawy spotykamy człowieka, który ma na sobie pas z elementów rzeźbionych właśnie z kości. Renifery to ich życie – nasuwa mi się skojarzenie z książkami z lat szkolnych o życiu ludów amerykańskich, gdzie bizon był traktowany z największym szacunkiem. Tu na Uralu krew renifera jest jedynym źródłem witamin i żelaza. Owoców i warzyw prawie się nie spotyka. Trafia się tylko malina – „marożka”. Olbrzymia jurta do której nas zaproszono musi pomieścić kilkupokoleniową rodzinę. Na wprost wejścia – nad piecykiem – wita nas portret Lenina, oblepiony dookoła naklejkami z gum do żucia.
Teraz, kiedy myślę o tych ludziach gór, marzę o tym, by do nich wrócić. Pobyć z nimi, porozmawiać o ich życiu, religii, przyrodzie. Są miejsca na ziemi, gdzie człowiek bez pomocy drugiego człowieka by nie przeżył. Stąd ich życzliwość do nas, Polaków – ludzi z dalekich miast. Do domu przywożę poroże i buty ze skóry renifera.