25.07.(niedziela)
Pierwszy poranek w górach. Na samą myśl o czekających na zewnątrz komarach nie chce się wychodzić z namiotu. Pragnienie zobaczenia gór w słońcu pomaga nam się przełamać. Nacieramy się różnymi specyfikami i wyskakujemy na mokrą trawę. Gotujemy wiadro płatków owsianych z bakaliami. Maciek wskakuje do strumienia. Jest gorąco, Kris wrzuca do ognia swój sweter. Nawiasem mówiąc wielokrotnie wspominał ten fakt gdy szczękając z zimna zębami tuliliśmy się do siebie w namiocie.
Pogoda i widoczność jest doskonała. Zakładamy plecaki, wyciągamy aparaty fotograficzne i zaczynamy wędrówkę przez przesiąknięte wodą mchy i trawy. We wspaniałych humorach „trzaskamy” zdjęcia na wszystkie strony. Po kilku kilometrach dostrzegamy duże obozowisko nad jeziorem. Podchodzimy na około 30 metrów, zdejmujemy plecaki i stajemy niezdecydowani. W obozie poruszenie, widzimy jeden wielki namiot i liczne drewniane sanie załadowane skórami reniferów. Zakładam teleobiektyw i „z pewną nieśmiałością” robię zdjęcia obozowiska hodowców reniferów. Nagle w naszą stronę rusza grupa kobiet w kolorowych chustach i gromada dzieci. Padają pierwsze pozdrowienia, pytania skąd przyjechaliśmy, i ku naszemu zaskoczeniu, zaproszenie do jurty. Mieszka w niej kilka rodzin, nasze zdumienie wywołuje stojący w centralnym miejscu portret Lenina. Dzielimy się z dziećmi słodyczami, robimy zdjęcia reniferów po czym opuszczamy obozowisko.
Pogoda szybko się zmienia, zaczyna padać, rozbijamy namioty żeby przeczekać deszcz. Po paru godzinach znów wychodzi słońce. Przed nami pierwsze podejście, pierwsza przełęcz do zdobycia. Przechodzimy pierwszą rzekę i pierwszy płat błękitnego lodu. Dla niektórych kontakt z nim kończy się wywrotką. Po kilkuset metrach marszu natrafiamy na zardzewiały, podziurawiony pociskami, stary gąsiennicowy transporter. Mijamy kolejne jezioro i wreszcie dochodzimy na przełęcz, gdzie spędzamy drugą noc.